Podsumowując ten rok, tak naprawdę nie podsumowałam niczego. Nie miałam czego. Gdybym miała przedstawić bilans, byłabym na minusie. Kilka brzydkich sytuacji, cała lawina źle podjętych decyzji i parę nałogów, których powinno nie być. Jeśli uważacie, że rok stracony to taki, w którym nie dopełniliście żadnego swojego postanowienia, to jesteście w błędzie. Lipne 365 dni jest wtedy, kiedy pierwszego stycznia budzicie się z kacem po winie, wpatrujecie w sufit swojego pokoju i wiecie, że Wasze życie stacza się po równi pochyłej. I nawet ten magiczny moment zmiany daty tego nie powstrzyma.
Siła każdego postanowienia mierzona jest w wierze, jaką pokładamy w jego spełnienie. I nic tego nie zmieni. Nawet najbardziej uparta osoba na świecie. Bo co po uporze, kiedy tak naprawdę się w coś nie wierzy?
Mój Sylwester przedstawiał się rodem z Bridget Jones - wino, czekolada, karton chusteczek i seans filmowy w wygodnych ciuchach. Nie skaziłam się komediami romantycznymi. Nie widziałam sensu po raz setny oglądać scen, które i tak znam na pamięć. Oglądałam potwory, mumie, oszustwa i strzelaniny, popijając antybiotyk winem. Uwaga, do wszystkich oburzonych, leci fachowa opinia odnośnie tego incydentu: dopóki nie czujesz śruby, możesz pić. Słowa lekarza, przysięgam.
Kiedy dobiła północ, umilkłam, nawet nie stopując filmu. Po co tracić cenne minuty akcji, skoro za rok odstawimy tę samą szopkę? Nie poczułam żadnej zmiany. No, może poza tym, że od razu pomyślałam o zbliżających się urodzinach i kolejnym roku tak naprawdę w plecy. No bo jak inaczej? Realizm. To jest chyba to, w co powinnam zainwestować.
No, ale wracając... Weszłam na pewien portal społecznościowy (nie mam ochoty nabijać wejść, więc nie nadmienię, który to. Poza tym, debili z Was robić też nie chcę). I nie wiem, dlaczego mnie to zdziwiło, ale po raz kolejny odnotowałam pewne dosyć powszechnie przy mojej osobie zjawisko. A mianowicie chroniczne znikanie pewnych osób z czatu, kiedy ja pojawiam się w eterze. I cholernie trudno jest nie brać tego do siebie. CHOLERNIE. I już mam dość słuchania po raz milionowy, żebym się nie przejmowała, że to buce, debile, idioci, niedoroby i tak dalej, i tak dalej. Bo nikt nie ubrał moich butów i nie przeszedł w nich za mnie tych pieprzonych 23 lat życia. I wiem, że próbują pomóc, ale nie mam już cierpliwości do tego. Pomóc. Ale powinnam przestać ich tym zajmować. Zamknąć ryj i nie mówić więcej nic. Tylko uśmiechać się jak kretynka i przez zaciśnięte zęby cedzić, jak zajebiście mi w życiu, bo mam dwie ręce, dwie nogi i oddycham. Bo powinnam być silna. Wytrwała. Mocna.
Ale wiecie co? Powiedzcie to siedmioletniemu dziecku molestowanemu czy pobitemu. Dziecku, nad którym wiecie, że ktoś się znęcał. Dziecku, któremu wiecznie jest powtarzane, że jest do niczego i powinno cieszyć się, że ktokolwiek i kiedykolwiek się z nim przyjaźnił. Bo właśnie takim dzieckiem jestem w środku. Tam się zatrzymała moja pewność siebie i siła.
I nic nie poradzę na to, że ludzie mnie nie lubią, bo tak naprawdę nie lubią mojego wyglądu. A to jest podupcone. Bo na świecie istnieje mała garstka ludzi, która pofatygowała więcej energii i czasu na to, aby nie oblecieć wzrokiem mojej powierzchowności, tylko zakopała się głębiej. I może ich to przerosło, stało się murem nie do przejścia. Może niektórzy zaczęli wspinaczkę, ale to dlatego, iż wiedzą, że moja skorupa nie jest tak naprawdę MNĄ. Że ja jestem tam głębiej, za siedmioma galaktykami, za siedmioma pasmami górskimi, za siedmioma oceanami i za siedmioma dzikimi puszczami. Jestem za linowym mostem, chybotliwymi sztachetkami nad przepaścią pełną tego, czego każdy boi się najbardziej.
I dopiero tam, po tej całej podróży jestem ja. Ta, o której istnieniu świat nie ma pojęcia. Bo tak naprawdę nikt nie poznał mnie do końca. I nigdy nie pozna. NIKT nie wie, że jestem dziewczyną, która namiętnie oglądała Mistrzostwa Świata w Łyżwiarstwie Figurowym. Nikt nie ma pojęcia, że jednego roku mój anioł wygrał konkurs i został wydrukowany jako kartki świąteczne, z których sprzedaży dochód przeznaczono na Caritas. Niewiele jest świadomych moich łez, gdy słyszę grę skrzypiec. Nikt nie pojął dumy z moich blizn. Mało osób wie, jak bardzo jestem zakochana w gwiazdach, których podziwiania sobie nie umiem odmówić. Kto wie, że zawsze zaciągam się zapachem książki, zanim ją przeczytam?
Ale w tym roku może coś się zmieni. Jest ktoś. Jeden mały-wielki ktoś, kto uwierzył. Kto obiecał, że mi pomoże. Kto powiedział, że mnie kocha. Kto powiedział, że jestem dla niego ważna, i gdyby miało mnie nie być to tak, jakby miał nie oddychać. Czy ten ktoś mi wystarczy? Czy wyciągnie mnie do góry i poprowadzi? Czy musiałam wspinać się na górę w poszukiwaniu utopii, podczas gdy cały czas miałam koło ratunkowe na wyciągnięcie ręki?
I ja też go kocham. Bardziej, niż umie sobie to wyobrazić. Bo chociaż słowa tego nie wyrażają, to on to wie. Widzi to. I tak w milczeniu się kochamy. Będzie już tak zawsze. Nic tego nie zmieni. To jest bezwarunkowe. I dla tego chcę walczyć.
Dziwny post. Ale czy czyjekolwiek życie kiedykolwiek było normalne? Czy prawda jest normalna? Nie sądzę. Nie należy szukać wszystkiego w książkach czy filmach, bo odpowiedź jest w nas. Jesteśmy oczarowani magią słów, które słyszymy w akompaniamencie chwytliwej melodii czy wyczytamy w aromatycznych kartkach papieru książki, ale to wszystko to zwyczajność. Bo to jest tylko nośnikiem dla doświadczenia innych. Tak naprawdę jesteśmy tacy sami. Inaczej to tylko rozumiemy i przeżywamy.
"Jestem takim samym pospolitym ptaszkiem po pospolitych przejściach"
- Jane Eyre
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz