-

-
Puste umysły robią najwięcej hałasu

poniedziałek, 3 października 2016

- 1 -

W moim CV przeżyłam już kilka 'pierwszych dni'. Nie wszystkie pamiętam z dokładnych sytuacji, ale kilka nawinęło się w mojej głowie. No, okej. Kiedy chciałam napisać o którymś z nich, kursor zatrzymał się w miejscu, a w moich myślach zapanowała pustka. Nie pamiętam żadnego z nich, poza jednym. Pierwszym dniem na studiach.

Nie było źle. Patrząc na każdego ze swojej grupy, ufałam pierwszemu wrażeniu. Na kilku z nich się przejechałam - raz na plus, a raz na minus. Cóż, życie przez cały czas coś weryfikuje. Gorzej dla Ciebie, jeśli cały czas to dostrzegasz. Na dłuższą metę to męczy, kiedy Twoje każde posunięcie stanowi element czyjejś całości. Idealne zaprzeczenie niezależności i wolności działania.

Do czego zmierzam. Wybaczcie, ale musicie przywyknąć, że łatwo poddaję się dygresjom. To jest jak nigdy nie kończąca się opowieść z samo dopisującymi się wątkami. Żyje własnym życiem.
Wracając do wątku... Dzisiaj byłam trzeci raz pierwszy dzień na uczelni. Jaki stres? Po co się martwić? A jednak...

Historia dzisiejszego dnia ma swój początek wczoraj, około godziny 22, kiedy zaczynałam pakować prezent urodzinowy. Kawałek szarego papieru, później kartka urodzinowa, którą miałam jedynie podpisać, a skończyło się na życiowych dywagacjach i elaboracie. Tak. Te trzy słowa to ramy mojego jestestwa:
1. dygresja
2. dywagacja
3. elaborat
Tak więc spakowałam prezent, kartkę, czekoladę (ulubioną solenizantki) i nim się obejrzałam, była już 23. Ogarnęłam na szybko pokój i poszłam do łazienki załatwić pozostałe 'sprawy', gotowa do pójścia spać. Uwierzcie mi na słowo, że po trzech miesiącach wolnego konieczna jest terapia wprowadzająca do normalnego życia studenckiego. Ręce drżą jak w delirce, a w głowie pojawia się panika i cały katalog planów ewakuacyjnych. Może są dobre i mają szanse powodzenia, ale od odpowiedzialności i licencjatu nie uciekniesz. O nie.

Punkt 23:23 (nie liczyłam litery alfabetu, bo o mnie jakoś nikt nie myśli) wpełzłam do łóżka, upewniwszy się, że mój budzik jest nastawiony na odpowiednią godzinę. Wzrokiem omiotłam pokój, względnie odhaczając to, co już zrobiłam i zgasiłam światło, siadając jeszcze na chwilę ze słuchawkami na uszach. Z tej chwili zrobiła się północ.

Zdjęłam słuchawki i wyłączyłam iPoda, zakopując się w kołdrze, ale sen jak na złość nie przychodził. Moje powieki nie uwierało nawet jedno ziarenko piasku. Zero. Nawet widma, marnego cienia snu. Próbowałam zacisnąć je mocno, owinąć się w kokon z pierzyny, cokolwiek, ale Piaskowy Dziadek poszedł w pierony i nie zamierzał wracać. Głupi rzęch, przecież musiałam usnąć. 

Podjęłam dramatyczną decyzję, żeby włączyć sobie serial. Sami wiecie, jak to jest. Kołderka plus film równa się... Nie. Nic z tych rzeczy. Nawet mi powieka nie drgnęła! A musiałam wstać o 5... Z jednego odcinka robiło się sześć, później Internety zagnały mnie w mroczne zakamarki swoich podwoi i obejrzałam Ekskluzywne porody w Wielkiej Brytanii. Gdzieś koło trzeciej poszukałam ulubionych momentów starych seriali, zagrałam w głupią grę, tarzałam się po łóżku i wypiłam chyba trzy litry wody, co zapewniło mi rozrywkę co piętnaście minut. 

Przed czwartą doszłam do wniosku, że przebiorę pościel. Wyszłam do garderoby, odganiając kota, który błędnie zakładał, że nadeszła pora karmienia. Z pretensją wróciła do sypialni rodziców, a ja do swojej, zabierając się za zmianę poszewek. 
Dopiero wtedy zrozumiałam, co stało za moją bezsennością. Stres. 
Było mi niedobrze, zgaga dosłownie niszczyła mój przewód pokarmowy, co dla mnie było nowością, bo z reguły mój organizm można było nazwać: Trzewia Nie Do Zaorania. Ścieląc łóżko, przeanalizowałam wszystko od początku.

Pierwszy dzień byłby stresujący, gdybym nikogo nie znała. Było jednak zgoła inaczej. Cóż, po namyśle mogę jednak stwierdzić, że w pewnym sensie ich nie znałam. Większość z nich pokazała swoją prawdziwą twarz pod koniec poprzedniego roku, kiedy dosłownie wszystko w moim względnie poukładanym życiu uczelnianym się posypało. Straciłam posadę, a wraz z nią szacunek innych. Upadek z piedestału sprawił, że ludzie zaczęli pretensjonalnie wytykać mi moje niedociągnięcia. Większość z przytyków była do przegadania, ale musiałam im mocno nie pasować, bo lincz publiczny, jaki mi zgotowali, spalił mnie wewnętrznie i spopielił do reszty. Wciąż czekam na tego majestatycznego Feniksa, który ma się odrodzić, ale jak na razie minęło kilka miesięcy i cisza.
Nadzieja jednak była. Pojawiła się w postaci osoby, która, rozumiejąc sytuację, wstała i podziękowała za trud, jaki został włożony w kierowanie rocznikiem. 

Nienawidzę dwulicowości. Brzydzę się nią, bo pokazuje ona, że tak na prawdę człowiek jest tchórzem albo wyrachowanym sukinsynem. Przepraszam za słownictwo, ale taka jest prawda. W moich oczach taki człowiek jest spalony.

Wolę ludzi omylnych. Jestem typem obserwatora. Pasjonuje mnie ludzka natura. Analizowanie jej aspektów, tych spersonalizowanych i czysto wrodzonych, ich kompilacji i różnych oddziaływań potrafi mnie upoić lepiej niż niejeden trunek (alkohol okazyjnie; chyba że wino w DOBOROWYM towarzystwie - dop. od aut.).

Ale ludzie mają to do siebie, że przekraczają wszelkie granice. Najczęściej właśnie te, które powinny zostać nienaruszone. Natura ludzka jest pokręcona. W niektórych przypadkach wręcz pragniemy, aby to wszystko rzucić i dać się porwać impulsowi. W innych z kolei powściągamy emocje, czując zgorszenie na widok przekraczania tych niedopuszczalnych. 

Jak więc to jest? Jak to pogodzić? Czy istnieje zasada, według której można poruszać się, żeby nie zostać posądzonym o hipokryzję? Czy w ogóle szukamy innych dróg? 

Z dzisiejszego dnia udało mi się wycisnąć to, co najlepsze. Było kilka bezcennych chwil, które zamykam w szkatułce wspomnień na te gorsze dni. Są to drobne rzeczy, które potrafią wyciągnąć mnie z najczarniejszych myśli. Dla takich rzeczy warto znosić każde zło. 

Tym akcentem kończę sesję. Przyjaciołom, wrogom i przyszłym miłościom, 
Dobranoc!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz