Z Panią W Miętowym Swetrze Wstałyśmy koło 10:30. Niby budzik był nastawiony na wcześniejszą godzinę, ale nie miałyśmy jakiegoś pośpiechu, więc pozwoliłyśmy sobie na spanie do wiwatu. Najpierw jednak mój kot dał o sobie znać, drapiąc w drzwi. Tu pokłon w stronę Panny W Miętowym Swetrze, która wstała i wpuściła krzykacza do pokoju. Zasnęłam, a kiedy ponownie się obudziłam, mój kot spał na brzuchu Panny W Miętowym Swetrze. Zdrajca!
Zeszłyśmy na dół, obie lekko niewyspane. Zrobiłyśmy sobie tosty i kawę i rozprawiałyśmy o naszych sprawach. Doszłyśmy wspólnie do wniosku, że coś jest z nami nie tak. W sensie - znam przyjaciółki z dłuższym stażem, niż nasz, które wciąż rozmawiają o kosmetykach i przyziemnych sprawach. A teraz wyobraźcie sobie, że ja i Panna W Miętowym Swetrze rozprawiałyśmy o powodach, dla których w jej rodzinnym domu mrugają światła. Ja pytałam, czy z fazami mają wszystko okej, ale ona stwierdziła, że to może być kwestia żarówek. Tak, my i nasz dziwny świat.
W międzyczasie napisała do mnie moja mama. Rano źle się czuła, więc nie zdążyła zarobić ciasta na pierogi. Rozumiałam ją i bez wielkich wątpliwości zabrałam się do pracy. Panna W Miętowym Swetrze siedziała i operowała laptopem, obgadując ze mną nasze sprawy związane z pisaniem. Puszczała muzykę i generalnie zajmowała się oprawą dnia.
Kiedy jednak robota zaczynała palić mi się w rękach, spanikowałam. Wywnętrzałam się po wszystkim, rzucając rzeczami, poniewierając krzesłami. Nienawidzę, gdy coś nie idzie po mojej myśli. Spieszyłam się na trening, a wyjść na autobus miałyśmy wyjść lada moment. Na szczęście wszystko się udało, ponownie przy pomocy Panny W Miętowym Swetrze. Sytuacja z dzisiaj pokazała mi, że jestem perfekcjonistką, która nie znosi porażek. Muszę mieć wszystko pod kontrolą, inaczej wściekam się i jestem nie do zniesienia.
Tutaj pragnę przeprosić Pannę W Miętowym Swetrze za swoje zachowanie. Byłam zła i krzyczałam, co stworzyło nieprzyjemną sytuację. Finalnie jednak udało się, za co też dziękuję. I pozdrawiam Cię - wiem, że ciężko Ci dzisiaj było na żołądku. Zdrowiej!
Wyszłyśmy o czasie. Spakowałam się w ekspresowym tempie, a na pętlę niemalże dobiegłyśmy. Panna W Miętowym Swetrze uznała, z czym się zgadzam, że rozgrzewkę mamy za sobą. Ta, moje biedne nogi poczuły smak bólu.
Autobus był ZAWALONY. Nam, z racji przywileju wsiadania na samym początku, udało się usiąść. Jednak ludzie na kolejnym przystanku nie mieli za wiele szczęścia. Wgramolili się do ciasnej przestrzeni, a ja starałam się na nich nie patrzeć. Nie miałam za dobrego nastroju, żeby komuś ustępować (nie było też takiej potrzeby), a ze swoją torbą mogłam narobić więcej szkód niż pożytku.
Dojechawszy na miejsce, przebrałyśmy się i rozpoczęłyśmy rozgrzewkę. Zapowiadało się świetnie - niezłe składy, rozweselająca atmosfera. Po prostu fajny trening. Tylko moja koleżanka, Siłaczka, się spóźniała. Odbijałam piłką, nerwowo spoglądając w stronę drzwi, żeby ją wyłapać. Aż w końcu Panna Szybkie Nóżki zaczęła się oglądać razem ze mną.
Po samodzielnej rozgrzewce, trener rozporządził serię ćwiczeń. Nie muszę chyba mówić, że była ona nadwyrężająca. Umierałam dosłownie po 10 minutach, ale czego mogłam się spodziewać? W wakacje nie robiłam nic, więc teraz dostawałam zadyszki już po pokonaniu kilku schodów.
Pod koniec zorganizowanych ćwiczeń (podczas których, kiedy atakowałam, padło zdanie w stylu: skąd u pani tyle agresji? Przyjęłam to ze śmiechem. Ach, ten nasz Pan Kalafiorowe Uszy) pojawiła się Siłaczka. Podbiegłam do niej, dosłownie wciągając ją na salę. Kazałam pójść się jej przebrać, a sama w podskokach wróciłam na halę. Aż tu nagle dup! Krzywo spadłam na parkiet i coś sobie uszkodziłam. Kulejąc, weszłam do szatni, natychmiast ściągając buta i skarpetkę. Stopa lekko spuchła, a w jednym miejscu zsiniała, ale nie to było najgorsze. Kiedy chciałam na niej stanąć, to dosłownie umarłam trzy razy. Usiadłam na ławce z jękiem, dając obejrzeć się Siłaczce, która stwierdziła, że nie jest zwichnięta, ale może stłuczona lub złamana. Ta, świetnie.
Potem pojawiła się Panna W Miętowym Swetrze wraz z Panną Szybkie Nóżki. Za nimi wszedł Pan Kalafiorowe Uszy i kazał mi śmigać z nogą pod zimny prysznic w podskokach. Ta, on i jego poczucie humoru. Doczłapałam więc na miejsce i włączyłam prysznic, który dosłownie mnie zrmroził. Zapewniłam resztę, że sobie poradzę i odeszli na rozpoczynającą się rozgrywkę. Stałam więc tam, sama jak palec, polewając nogę, aż uznałam, że chyba zaraz mi odpadnie. Wyłączyłam strumień i wróciłam na miejsce. Wzięłam do ręki telefon i zadzwoniłam do mamy, która nie odebrała. Wykonałam jeszcze do niej osiem połączeń, ale z miernym skutkiem. Następnie wykonałam telefon do Informatyka, ale ten również nie podniósł słuchawki. Jednak po chwili oddzwonił, pytając, co się stało. Powiedziałam mu jak stoi sprawa: potrzebowałam transportu do domu/szpitala na SOR. Niestety, Informatyk był w pracy, ale obiecał obdzwonić kolegów. Rozłączyłam się, dzwoniąc do Samary. Ta również była w pracy i nie mogła się wyrwać. Na szczęście mama oddzwoniła. Kazała mi czekać, bo mogła odebrać mnie dopiero za półtorej godziny. Siedzenie w szatni i tak było lepszą perspektywą niż próba samodzielnego dotarcia na przystanek. Przebrałam się więc w ubranie, co chwila odpowiadając na pytania o moje samopoczucie.
To było miłe. W końcu zajęcia się skończyły, ale większość została na piłce nożnej. Panna Szybkie Nóżki zaoferowała się, że ze mną zostanie do przyjazdu mojej mamy. Byłam jej wdzięczna, nie chcąc niszczyć innym planów. Tak więc siedziałyśmy i rozmawiałyśmy.
Dowiedziałam się kilku smutnych rzeczy. Znów ktoś mnie olał za moimi plecami. Byłam obgadywana, a z samą Panną Szybkie Nóżki straciłam kontakt, chociaż jest mi bliska. Wyjaśniłyśmy sobie zajścia, które w większości wynikały z nieporozumień i trudnych spraw, z którymi się borykałyśmy (w większości ja) i teraz jest dobrze. A nawet lepiej, chociaż i tak czeka nas jakiś wspólny wieczór na rozmowie. Już tęsknię.
Panna Szybkie nóżki wyjaśniła mi kilka sytuacji i kazała się nie przejmować. Poszłam za jej radą, chociaż wiem, że minie trochę czasu, nim uda mi się wprowadzić zmiany w życie. W pewnym momencie K. wszedł do szatni i zapytał, jak się czuję. Człowieka widziałam czwarty raz w życiu, a martwił się. Jednak NORMALNI ludzie istnieją. Odparłam, że jakoś leci i pożartowaliśmy chwilę, dopóki mama nie zadzwoniła, że już dojeżdża. Wyszłam z treningu, odprowadzana pozdrowieniami i opuściłyśmy z Panną Szybkie Nóżki salę treningową. w podskokach pokonałam naście schodów i półtorej ulicy. Panna Szybkie Nóżki śmiała się, że wyglądałam jak zombie. Jej poczucie humoru poprawiło mi nastrój, gdyż sama zaczęłam żartować.
Kiedy wsiadłam do samochodu mamy, podziękowałam Pannie Szybkie Nóżki i odjechałyśmy w stronę Centrum, gdzie moja rodzona miała odebrać wypłatę. Szefowa dojechała spóźniona, pozdrowiła mnie i odjechała. Zatrzymała się jednak, wróciła do nas i dorzuciła bonus do wypłaty. Taki prezent dla mojej mamy, która miała wczoraj urodziny. Ucałowała rodzoną w oba policzki, życzyła mi powrotu do zdrowia i w końcu odjechała.
Po długich przeprawach dotarłyśmy do szpitala. Oczywiście zaparkowałyśmy daleko od SOR-u, ale podskoczyłam do drzwi i weszłam do rejestracji, gdzie podłam swoje dane. Przeszłam do sali oczekiwań, gdzie moja mama została, a ja skierowałam się za kolejne drzwi. Tam czekałam i czekałam, ale nie za długo, co mnie zdziwiło. Gdy nadeszła moja tura, babeczka nagle musiała gdzieś wyjść. Na szczęście nie było jej tylko kilka minut, ale fart to fart. Sarkazm, kochani. W gabinecie zmierzyła mi ciśnienie, temperaturę (stan podgorączkowy), przeprowadziła wywiad i wysłała na RTG. Znów w podskokach opuściłam korytarz, odprowadzana przyjaznymi śmiechami innych. Cóż, sama z siebie się śmiałam.
Weszłyśmy do windy i wjechałyśmy na piętro. Doczłapałam się na RTG i oczekiwałam na moją kolej. Mama w tym czasie poszła po coś do picia, bo coś zmarzłam. Do sali wtaszczyłam się prawie natychmiast po przybyciu. Wskoczyłam na stół i dałam pstryknąć sobie dwie fotki. Ubrałam buta (w lekkich spazmach) i wróciłam na korytarz w oczekiwaniu na płytkę. W międzyczasie przyjechał ktoś z wypadku, ale nie przeszkodziło to moim wynikom ujrzenia światła dziennego. Z CD pod pachą wróciłyśmy pod gabinet, gdzie znów (!) od razu poproszono mnie na odczyt. Przeszłam samotnie przez drzwi (taki wymóg dla pacjentów, żeby ich osoby towarzyszące zostały na korytarzu) i uśmiechnęłam się do bezsprzecznie boskiego lekarza.
- Da pani rady iść? - zapytał, ale ja już byłam w połowie korytarza.
- Pewnie. - Uśmiechnęłam się. Przechodząca obok mnie pielęgniarka zatrzymała się na moment.
- Z czego się pani tak cieszy? Ma pani nogę chorą - zapytała.
- A co? Mam płakać? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Wezmę pani wózek - wtrącił się lekarz.
- Nie trzeba - rzuciłam, czując skrępowanie. - Dam rady.
- Ale ma pani ją złamaną! - zawołał mężczyzna. Aha. No okej.
- Złamaną?
- Gipsujemy.
- A jak pani złamie drugą? - zapytała pielęgniarka.
- To zagipsujemy drugą. Nie, panie doktorze? - rzuciłam do lekarza, który już wsadził mnie na wózek.
Popatrzył na mnie w bezsilności.
W gabinecie dostałam 'seksowne' niebieskie spodnie szpitalne. Moja noga w 15 minut znalazła się w łupinie, a lekarz poinformował mnie o 35 zastrzykach, które muszę sobie zasadzić w brzuch. Z lekami, receptami i innymi betami, asystentka wywiozła mnie do mamy, która na mój widok zasłoniła ręką oczy.
- Chryste - wymamrotała, odbierając mnie z rąk kobiety.
W drodze do domu przeprosiłam mamę. Poczułam się winna zajścia. Pytałam, czy jest na mnie zła. Powiedziała, że nie. Obdzwoniłam znajomych, którzy wypytywali o stan mojego zdrowia. Każdy współczuł i życzył powrotu do zdrowia.
- Gdybym miała chłopaka, to wtedy on by mnie tu wiózł - mruknęłam, zapadając się w fotel.
- Przecież nie ma problemu - odparła moja mama, ale nie wiedziała, że problem jednak był. Nie chciałam jednak jej martwić albo złościć. Po drodze wykupiła mi leki w aptece, a w domu przeszłam przed lożą szyderców. Tata kurtuazyjnie polecił mi grę w szachy - ponoć jest mniej niebezpieczna, ale ja w dzieciństwie złamałam palec, pstrykając nim w piłeczkę od ping-ponga. Cóż, śmiechu było co nie miara (tu miałam do siebie dystans), ale kiedy dawałam sobie zastrzyk, to już tak mi się śmiać nie chciało.
Cóż. Dzisiaj zdziwiły mnie dwie rzeczy: mój dystans do siebie samej i to, że tak wielu ludzi interesowało się moim zdrowiem. Na FB dostałam pozdrowienia i życzenia powrotu do zdrowia. To było miłe.
Jestem zmęczona. Idę zjeść kolejną dozę tabletek i do spania. Żegnam się z Wami pozdrowieniami. Ach, byłabym zapomniała - Panno Grzaniec? Dziękuję za słowa wsparcia! <3
Dobranoc!
The pain you feel today
will be the strength you feel
tomorrow.
Ech, i pomyśleć, że gdybym tak nie marudziła Ci o uzupełnienie składu, to nawet by Cię tam nie było...
OdpowiedzUsuńTo faktycznie był dziwny dzień. Tygrys chyba przewidywał, że skończę przy toalecie - podobno koty wyczuwają bolące miejsca. Anyway - rozumiem, że każdy potrzebuje jakiegoś sposobu na odreagowanie. Noł problem.
Sama teraz widzisz, dlaczego tak kocham tam przychodzić. Mogą Cię nie znać, ale i tak jesteś częścią zespołu :)
Mam wrażenie, że my też będziemy musiały pogadać. Szykuj się na odwiedziny, Zimna Nogo!
Całuję - dzisiaj bez mądrego cytatu.
Panna W Miętowym Swetrze
Przestań się tak zadręczać! Jestem dorosła i samodzielnie podejmuję decyzje. Nie musiałam się zgadzać, nie?
OdpowiedzUsuńTygrys jak to Tygrys - mnie od kilku dni spał na dupie, i co? Chyba się pomylił :)
Tak? A o czym?
Buziak!