Wstałam około 8. Spakowałam się na uczelnię, ubrałam i zeszłam na dół, ale nie robiłam kawy. Zmarznięta zaparzyłam sobie herbaty z cytryną i domowej roboty sokiem malinowym. Zjadłam śniadanie i przystąpiłam do drukowania zaległych papierów na uczelnię. Moja drukarka anemicznie wypluwała kartkę po kartce, a dźwięk tej czynności usypiał mnie niemalże natychmiast. Niestety, tusz zasechł, więc musiałam wyjąć pojemnik, poślinić taśmę i wsadzić wszystko na miejsce. Tak, po tej bardzo kuszącej czynności wszystko wyszło jak należy.
Uzupełniłam papiery milionem informacji i usadowiłam wszystko w teczce. Deszcz na polu nie zachęcał mnie do spaceru na mój autobus, więc postanowiłam przejechać przystanek na pętlę innym środkiem transportu. Wypuściłam moją kotkę na pole, z kolei rudzielca pozostawiłam na pastwę krwiożerczej pościeli w swoim pokoju. Do wyjścia pozostało mi niewiele czasu, więc ubrałam się i punktualnie opuściłam dom, zamykając drzwi na cztery spusty. Oczywiście nic nie może iść po mojej myśli, bo kotka podniosła jazgot, że akurat w tym momencie MUSI wejść do domu, kiedy ja zaczynałam się spieszyć. Genialnie. Nawrzeszczałam na nią, że jest niezdecydowaną kupą darmozjada, ale zlitowałam się, sama nie chcąc zostać na polu w taką pogodę.
Kiedy nareszcie ruszyłam na przystanek, namyśliłam się i postanowiłam jechać autobusem z przesiadką na tramwaj. Jednak przypomniałam sobie, że nie będzie mi po drodze w ten sposób, toteż z buta ruszyłam na pętlę, wracając do pierwotnego planu. Na moje szczęście nie padało zbyt mocno, więc dotarłam w miarę sucha. Wsiadłam w autobus, który akurat podjechał i po kilku minutach ruszyliśmy w trasę.
W autobusie, niezależnie od pory, było tłoczno jak w puszce z sardynkami. Posiadając przywilej wsiadania na pętli, zajęłam sobie miejsce siedzące i z żalem przypatrywałam się gnieżdżącym się pasażerom. Dzisiaj nie było mi nikogo szkoda. Dzisiaj myślałam tylko o sobie.
Gdy dotarłam wreszcie na miejsce, wysiadłam z autobusu i weszłam do sklepu, aby zakupić zeszyty na zajęcia. Dla Panny W Miętowym Swetrze wyda się to dziwne, bo wie, że mam w pokoju milion innych brulionów, ale nie chciałam żadnego marnować na zajęcia, a poza tym uznałam, że te wszystkie, które posiadam, są za grube i nabyłam 16-kartkowe.
Oczywiście, kiedy przechodziłam przez bramki, te zawyły na całe piętro, a to tylko dlatego, że zapomniałam zostawić koszyk w sklepie. Cóż, tak to bywa. Gdy jednak udało mi się wybyć na zewnątrz, malowniczym szlakiem udałam się do swojego miejsca docelowego. Szłam, i szłam, i szłam, marznąc w dłonie i klnąc w myślach na pogodę. Omal nie rozjechał mnie autokar pełen żółtków, ale co tam ja, maluczka, mogłam zawojować. Pokręciłam głową i odeszłam w swoją stronę.
Na miejscu okazało się, że kolejka jest jak stąd do wieczności. Highway to Hell i Stairways to Heaven to fraszka. Koleżanka, nazwiemy ją Aparatka, pocieszyła mnie, że w zeszłym roku czekała trzy godziny. Widząc jednak moją minę, uspokoiła mnie, mówiąc, że dzisiaj idzie to sprawniej niż wtedy. Czekając na swoją kolej, rozglądałam się po korytarzu. Rejestrowałam dziwaków, którzy poruszali się po piętrze i zastanawiałam się, dla ilu ludzi ja jestem takim dziwadłem?
Ubieram się normalnie. Nie gonię za trendami, ale nie noszę też babcinych gaci. Nie maluję się, a jak już, to od cholernie wielkiego dzwonu. Włosy spinam w kucyk albo w koka. Po tym opisie wydaje mi się, że jestem normalna. He, na szczęście ludzie nie mogą od razu poznać Twoich zainteresowań. Tak, to zdecydowanie działałoby na moją niekorzyść.
W pewnej chwili poczułam za sobą czyjąś obecność. Nie zwróciłam na to uwagi - no bo jakim zdziwieniem może napawać fakt, że w kolejce ktoś za Tobą staje? Tupałam więc nogą, czekając na swoją kolej, kiedy skórę na moim karku owionął czyjś oddech, a do moich nozdrzy doleciał zapach. Nie wiem, czego używało to bóstwo, ale na miano bóstwa zasługiwało.
Metr dziewięćdziesiąt wzrostu, blond włosy i niebieskie oczy szczenięcym wzrokiem wpatrywały się w drzwi od sekretariatu, jakby samym wzrokiem chcąc przyspieszyć bieg zdarzeń. Niestety, nic z tego, Cukiereczku. Ale popatrzeć na niego było CHOLERNIE przyjemnie.
Po wszystkim wyszłam z sekretariatu, szczerze zdziwiona, że Aparatka wraz z koleżanką na mnie poczekały. We trójkę uznałyśmy, że lepiej wrócić na uczelnię i tam, w cieple i spokoju, poczekać na zajęcia. Siedząc z nimi w kawiarni, zastanawiałam się nad swoim spadkiem z piedestału.
Nie wywyższałam się, kiedy rządziłam rocznikiem. Owszem, zaznaczałam swoje terytorium i kompetencje, ale to raczej w geście publicznej spowiedzi - co, gdzie, kiedy i jak poczynam. Nigdy nie ignorowałam ludzi tylko dlatego, że KIM TO JA NIE JESTEM. Po prostu nie rozmawiałam z tymi, z którymi nie miałam o czym. Aparatka jednak weszła w krąg ludzi, którzy mają coś do powiedzenia. Zaczęłam więcej z tego wszystkiego rozumieć. To nie byli ludzie popularni, ale prawdziwi. Mający swoje zdanie, nie wchodzący innym w paradę, ale żyjący swoim własnym życiem, które dawało im poczucie satysfakcji i spełnienia, bo było ich własne. Bezpieczne i niewymuszone innymi.
W zamyśle udaliśmy się na kolejne zajęcia, ale jakoś nie mam weny opisywać tego po kolei. Dzień ucieka mi minuta po minucie. Nie kojarzę za wielu faktów, poza jednym. No, dwoma (dzięki, Pani W Miętowym Swetrze). I wiem, że na oba Pani W Miętowym Swetrze czeka...
Obie z Miętowym Swetrem zgłodniałyśmy. Jakby same diabły nas ścigały, przez słotę i błoto przebrnęłyśmy do pobliskiego sklepu, gdzie zakupiłyśmy prowiant godny najbliższych godzin. Wychodząc ze sklepu, zauważyłam darmowe czasopismo z przepisami. Cóż, wzięłam, skuszona Ciastami prosto z sadu. Czekając na światłach, połowicznie słuchałam, co miała mi do powiedzenia Pani W Miętowym Swetrze. Nie, żebym była niegrzeczna, ale to był jeden z takich momentów, w którym moje myśli same uciekały przed zebraniem się w kupę.
Kątem oka dostrzegłam parę. Dziewczyna była ładna, chłopak całkiem, całkiem. Oboje doszli do nas, czekając na zmianę świateł. Laska szczękała zębami z zimna, toteż koleś nachylił się nad nią, chcąc ją pocałować. I oto ona odsunęła, powtarzam ODSUNĘŁA się gdzieś w bok z obrażoną miną. Okeeeej. Ja tam nie wnikam. Nareszcie włączyło się zielone, więc z Miętowym Swetrem przeszłyśmy na drugą stronę.
Idąc, rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym, kiedy nagle... Dup! Miętowy Sweter przeżyła zawał, szturchając mnie w międzyczasie w ramię.
- Patrz! - syknęła na moje pytające spojrzenie. Skierowałam wzrok we wskazanym kierunku i poczułam panikę. S-A-L-S-A. Szalenie Absurdalnie Lamerski Supergruby Adiunkt. Koszmar!
Wzięłam do ręki gazetę i podniosłam ją na wysokość naszych twarzy. Zrobiłam to, co umiałam najlepiej, czyli... Paplałam.
- Popatrz! Widziałaś te ciasta prosto z sadu? - nawijałam piąte przez dziesiąte, czekając, aż nas minie. - Uważam, że tapas hiszpańską należy...
Uf, poszedł sobie. Z Miętowym Swetrem przystanęłyśmy, oddychając z ulgą. Spojrzałyśmy po sobie z dziwnym wyrazem twarzy.
- Myślisz, że tapas a ciasta prosto z sadu to dwie różne bajki? - zapytałam. Panna W Miętowym Swetrze parsknęła śmiechem. Mimo wszystko, poczułyśmy ulgę i spokojnie wróciłyśmy na uczelnię.
Obie z Miętowym Swetrem zgłodniałyśmy. Jakby same diabły nas ścigały, przez słotę i błoto przebrnęłyśmy do pobliskiego sklepu, gdzie zakupiłyśmy prowiant godny najbliższych godzin. Wychodząc ze sklepu, zauważyłam darmowe czasopismo z przepisami. Cóż, wzięłam, skuszona Ciastami prosto z sadu. Czekając na światłach, połowicznie słuchałam, co miała mi do powiedzenia Pani W Miętowym Swetrze. Nie, żebym była niegrzeczna, ale to był jeden z takich momentów, w którym moje myśli same uciekały przed zebraniem się w kupę.
Kątem oka dostrzegłam parę. Dziewczyna była ładna, chłopak całkiem, całkiem. Oboje doszli do nas, czekając na zmianę świateł. Laska szczękała zębami z zimna, toteż koleś nachylił się nad nią, chcąc ją pocałować. I oto ona odsunęła, powtarzam ODSUNĘŁA się gdzieś w bok z obrażoną miną. Okeeeej. Ja tam nie wnikam. Nareszcie włączyło się zielone, więc z Miętowym Swetrem przeszłyśmy na drugą stronę.
Idąc, rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym, kiedy nagle... Dup! Miętowy Sweter przeżyła zawał, szturchając mnie w międzyczasie w ramię.
- Patrz! - syknęła na moje pytające spojrzenie. Skierowałam wzrok we wskazanym kierunku i poczułam panikę. S-A-L-S-A. Szalenie Absurdalnie Lamerski Supergruby Adiunkt. Koszmar!
Wzięłam do ręki gazetę i podniosłam ją na wysokość naszych twarzy. Zrobiłam to, co umiałam najlepiej, czyli... Paplałam.
- Popatrz! Widziałaś te ciasta prosto z sadu? - nawijałam piąte przez dziesiąte, czekając, aż nas minie. - Uważam, że tapas hiszpańską należy...
Uf, poszedł sobie. Z Miętowym Swetrem przystanęłyśmy, oddychając z ulgą. Spojrzałyśmy po sobie z dziwnym wyrazem twarzy.
- Myślisz, że tapas a ciasta prosto z sadu to dwie różne bajki? - zapytałam. Panna W Miętowym Swetrze parsknęła śmiechem. Mimo wszystko, poczułyśmy ulgę i spokojnie wróciłyśmy na uczelnię.
Na jedne z ostatnich zajęć, pech się skumulował i postanowił zablokować projektor. Podłączony do niego komputer godny maszynie pokładowej rakiety NASA działał bez zarzutu, ale nie był kompatybilny z rzutnikiem. Ktoś poleciał po pomoc, a sala zawrzała, korzystając z dodatkowej chwili wolnego. Kiedy tak rozmawiałam z Panną W Miętowym Swetrze, do sali wszedł Boski. O, tak. Obie zaczęłyśmy cieszyć oko, podgrywając Kankana naszym jajnikom, kiedy wybawiciel wszedł do sali w krasie i chwale, a na widok komputera zawołał zduszonym głosem:
- To jest Mac! - Chwalebnie wycofał się kilka kroków, jakby poczwara miała go zgładzić. Panna W Miętowym Swetrze płakała rzewnie ze śmiechu, a ja starałam się nie umrzeć przed nią bo, cóż. Kto lepszy...
W końcu cała grupa poddała się siłom nieczystym i opuściła pokład, ewakuując się do innej sali. Nie mogąc oprzeć się nadarzającej się okazji, podeszłam do Boskiego i powiedziałam:
- Niech się pan nie łudzi, że nikt nie słyszał. - Posłał mi pytające spojrzenie błękitnych oczu, które było tak cholernie podniecające i niewinne. Odchrząknęłam i zakpiłam - To jest Mac!
Usta Boskiego rozciągnęły się w rozkosznym uśmiechu. Zaczął się tłumaczyć, ale żadne słowo nie zapadło mi w pamięci. Tylko brzmienie jego głosu. Na szczęście i nieszczęście wykładowczyni już wychodziła, więc i ja skierowałam się do drzwi. Boski wsadził... klucz do zamka i puścił mnie przodem. A jeszcze tego samego dnia czytałam z Panną W Miętowym Swetrze o nowym leku na potencję Jurny Dzięcioł. Tak, Boski M-U-S-I-A-Ł być jurny...
Zajęcia do końca dnia minęły w roześmianej atmosferze. Uczyliśmy się migać, ale gdzieś w tle, w mojej głowie, była myśl. Mała, nieszkodliwa, ale na tyle silna, że istniała.
Wykładowczyni była głucha. Opowiadała o różnych przypadkach tej niepełnosprawności, a ja słuchałam... Właśnie. SŁUCHAŁAM. Mogłam. Mam ten przywilej - bo tylko tak można nazwać słuch po tym, co dzisiaj pało jako przykłady - że byłam świadkiem tych opowieści. Później zobaczyłam obrączkę na jej palcu. Radość, jaką emanowała, siłę, którą miała, pasję, z jaką opowiadała nam o problemie ze swojej autopsji i zapytałam samą siebie: dziewczyno, czy Twoje problemy są chociaż w połowie tak poważne, jak jej?
Poczułam się na chwilę lepiej. Ale tylko na chwilę, bo punkt widzenia to miejsce siedzenia. Może nie umieram na raka, nie płacę kredytu we frankach, mam dach nad głową i ciepłe posłanie, jednak jest mi zimno. Jestem samotna. Mam przyjaciół, ale wyłączam ich w chwilach słabości. Mam kompleksy, które jak rak opanowały mój organizm. Jednak to tylko mój mały świat. Jestem w nim Bogiem. I tylko ode mnie zależy to, w jaką stronę to pójdzie.
Tak, teorię mam w małym palcu. Praktyka sama się nie zrobi, ale ja nie umiem jej zacząć. Postanowiłam zrobić Bucket List. Coś, czego nigdy bym nie zrobiła, ale teraz planuję to zrealizować. Zobaczymy, na ile zadziała. Na ile poważnie do tego podejdę i co uda mi się na niej zapisać. Może powolne realizowanie małych kroków da mi satysfakcję?
Pożegnam Was dzisiaj cytatem. Czymś, czym warto żyć. Dobranoc.
Work hard in silence.
Let your success be your
noise.
- Frank Ocean
_________________________________________________________________________________
Po małej aktualizacji, miłego!
Dzięki, Panno W Miętowym Swetrze :)
Ten dzień z pewnością można zaliczyć do ciekawych. Ja ze swojej strony dodałabym jeszcze opowieści o wakacjach, poczuciu przemijania i wspólnej butelce whisky u Hugo Bossa... W nowe zeszyty nie wnikam. Patrząc na niektóre wykłady, aż szkoda marnować dobrego Marvela na coś takiego... Opisując ten dzień zapomniałaś jednak, Panno W Malarskich Spodniach, dodać zdanie o Salsie i naszym zaangażowaniu w pieczenie ;)
OdpowiedzUsuńCoś w tym jest, że dopiero w konfrontacji z sytuacją drugiego człowieka zauważamy różnice w postrzeganiu własnych problemów i problemików.
Też pożegnam Cię cytatem, który zrobił mi dzień:
Tolibu dibu douchoo!
~Ken Lee
Pozdrawiam,
Panna W Miętowym Swetrze
Dziękuję za czujność :)
UsuńZ mojej strony to wszystko, chociaż pamiętam wzmiankę o wakacjach, przemijaniu i... Nie, o butelce whisky u Hugo Bossa nie słyszałam -.-
Czekam na sprostowanie :)