Z racji, że mój dzień był paskudnie podobny do poprzedniego pod względem rutyny, zmienię trochę konwencję. Życzę miłej lektury!
Dla Panny Grzaniec.
Moment, w którym to się wydarzyło, ma znaczenie z punktu widzenia dorastania. Miałam 12-13 lat. Jestem osobą bardzo wrażliwą emocjonalnie. Większość obcych słów biorę bardzo do siebie, jednocześnie nie dowierzając komplementom i zapewnieniom bliskich, że jestem wartościowa.
Zawsze czułam emocje i sytuacje życiowe bardziej niż inni. Czasami błogosławieństwo, a czasami przekleństwo.
W gimnazjum, bo o tym okresie życia jest mowa, znałam jedną osobę. Trzymałyśmy się z koleżanką blisko siebie, naturalnie pragnąc posiadania bratniej duszy w obcym towarzystwie. Resztę naszej grupy tworzyła dawna klasa z podstawówki z miejscowości obok. Chyba nie muszę przedstawiać rozmieszczenia obozów, prawda? Dla jasności 24:2.
Nie mogę całkowicie zaciemnić tamtego okresu w moim życiu, bo z gimnazjum wyniosłam kilka znajomości, które trwają do dziś, czyli jakieś 8-9 lat. Jednak większość sprawia, że do dzisiaj mam dreszcze i ochotę ucieczki.
Dziewczyny w klasie zawsze były okej. W tym środowisku generalnie dogadywałam się ze wszystkimi. Z gimnazjum znam Samarę, moją dzisiejszą przyjaciółkę. W pierwszej klasie był chłopak, Szymon. Wszystkie koleżanki się w nim zakochiwały - prędzej czy później i tak kończyły na fazie Szymona. Coś jak dzisiaj Bieber czy One Direction. Szymon był przystojny, zdolny i miał to COŚ, co niezmiennie zjednywało mu ludzi. Poza tym był buntownikiem. Chłopakiem pewnym swego, co natychmiast postawiło go na najwyższym szczeblu w klasowej hierarchii. Ja długo nie widziałam w nim nic specjalnego. Tylko niewyjaśnioną zdolność do nieświadomego rozkochiwania w sobie wszystkich dziewczyn w klasie.
Samara była chłopczycą. Nawet na nią w pewnej chwili podziałał jego urok. Każda to każda - kujonica, buntowniczka, lansiara, modziara, i tak dalej. I dopiero gdy skończyła się kolejka, ja zwróciłam na niego uwagę. Nie na jego wysoki status majątkowy, ale na niego samego. Wszyscy nauczyciele z góry zakładali, że coś między nami było. Mówili o chemii i tym samym buntowniczym spojrzeniu. Z perspektywy czasu już sama nie wiem, czy widzieli cokolwiek poza to, co chcieli widzieć.
Zawsze sobie z nim dogryzałam. Straszył koleżanki pająkiem, na mnie to nie działało. Zamknął mnie w szatni, zabrał mi koszulkę przed lekcją WF-u, podkradł piórnik, później zeszyt z zadaniem domowym z matematyki (co z tego, że wszyscy wiedzieli jedno: KLIMCZYK + MATMA = DISASTER). Potrafił kilkoma słowami i niewinnym dotykiem sprawić, że czułam się ponad siebie. Taka inna, niezwykła. Wśród chłopaków był szefem, z dziewczynami w ogóle nie obcował. Umiałam mu odpyskować, nie wdawałam się w bezsensowne potyczki, chociaż na jego widok byłam gotowa rozpłynąć się w co tylko chciał i jak tylko chciał.
Jednak moja odwaga malała, kiedy przychodziło do podejścia i zagadania. Strach kulił mnie w sobie i zamykał, chroniąc przed tym krokiem. Bałam się obnażyć, bo... Cóż. Nikt chyba nie lubi pokazywać swoich uczuć. Zbyt wielka inwestycja.
No i zaczęło się.
Najpierw chłopaki zaczęli się ze mnie nabijać. Wyzywali mnie od grubych, brzydkich, ohydnych i tym bliżej podobnych. Podziwiałam ich zasób synonimów pod tym względem. Żart. Bolało, ale sądziłam, że się uspokoi. Myliłam się.
Później nie odzywali się bezpośrednio do mnie, ale kiedy przechodziłam korytarzem. Słodkie teksty w stylu: po co się urodziłaś? Po co oddychasz? Zabierasz nam tlen. Najlepiej by było, gdybyś się wyniosła z klasy. W ogóle to możesz umrzeć.
To mówili jego koledzy, patrząc za mną na korytarzu. Bałam się stawać do nich plecami. Po prostu nie czułam się bezpieczna, a już o komforcie to mogłam zapomnieć. Moje koleżanki kazały mi nie reagować, ale trudno było przychodzić do szkoły i wysłuchiwać tych obelg.
Później zaczęły się inne szykanowania. Kłamstwa na mój temat, podpuszczanie moich znajomych, że coś rozgadałam na ich temat, że kablowałam, że kłamałam i oszukiwałam wielu z nich. Nawet Samara nie stanęła w mojej obronie, chociaż doskonale wiedziała, że to pomówienia...
- Przepraszam, że nie reagowałam, ale wiesz...
- Co?
- Nie chciałam się mieszać. Rozumiesz?
- ...
- Rozumiesz?
- Tak, rozumiem.
- Czyli między nami wszystko okej?
- Chyba tak.
Bo co miałam odpowiedzieć? Nie chciałam stracić jedynej przyjaznej mi w jakikolwiek sposób duszy.
Raz koleżanka zaprosiła mnie na urodziny. Umówiłam się z Samarą i jedną taką, że złożymy się na prezent. Niestety, solenizantka odwołała imprezę. Napisała mi, że nie może zrobić urodzin. No, trudno. Zdarza się, nie?
Tak, wszystko byłoby okej, gdyby nie telefon od Samary tego samego dnia, czy jedziemy razem na imprezę. Byłam zdziwiona, dopóki od słowa do słowa nie okazało się, że tylko mnie odwołała zaproszenie. Powód? Szymon zagroził, że jak ja pojawię się na urodzinach, to on nie przyjdzie. A że solenizantka się w nim podkochiwała, to cóż - odpowiedź już znacie.
Tego wieczoru płakałam. Siedziałam w łóżku i wylewałam łzy jak wodospady. Samara do mnie zadzwoniła, że chyba wraca do domu, bo zrobiło się nieciekawie. Kiedy zapytałam, o co jej chodzi, usłyszałam w tle: To ona? (w sensie ja - dop. od autora) Jeszcze żyje? Sądziłem, że już dawno się pocięła.
Rozłączyłam się. Wygrzebałam z piórnika temperówkę, rozkręciłam ją i ostrzem wykonałam kilka cięć na lewej ręce. Cholera, to było głupie, pomyślałam wtedy, ale... Dało tak dawno oczekiwaną ulgę. Krew na ręce, pieczenie i możliwość dalszego cięcia była kusząca. Dopiero wtedy, po raz pierwszy od wielu miesięcy, poczułam spełnienie. Ulgę.
Całą noc zastanawiałam się nad tym wszystkim. Szukałam sensu w tym, co się stało, ale nie mogłam go znaleźć.
Na drugi dzień ubrałam długą bluzkę i poszłam do szkoły, nie odzywając się za wiele do nikogo. Nie patrzyłam na nich, nie mówiłam, robiłam swoje, a na przerwach uciekałam do łazienki. I tak kolejnych kilka dni. Ich uszczypliwości nie ustały. Nasilały się czasami, a ja podziwiałam ich samozaparcie. To moja bierność zapewniała im rozpęd.
Wiecie, do czego doszłam? Że tak naprawdę to nie Szymon ich prowokował, ale ja sama. Moje zachowanie, a raczej bezradność. Sam Szymon był inny. Zaśmiejecie się, że żyję głupim wyobrażeniem i bezsensowną nadzieją?
No tak, może, ale w tym wszystkim nigdy nie usłyszałam od niego bezpośrednio tych wyzwisk. To nie on był atakującym. Na niektórych lekcjach wpatrywał się we mnie, chociaż nie siedziałam na torze jego wzroku - ja w trzeciej ławce pod oknem, on w pierwszej w środkowym rzędzie.
Jego spojrzenie mówiło coś sprzecznego z tym, jak zachowywali się jego kumple rzekomo w jego imieniu. Wiem od ludzi spoza szkoły, że Szymon był troskliwy. Ma młodszą siostrę, i wtedy, w gimnazjum, nie wyszedł z domu na przystanek, dopóki nie przytulił jej i nie pocałował. W samej szkole widziałam, jak podniósł dziecko z pierwszej klasy podstawówki, które nie dosięgało do lady w sklepiku i pomógł chłopcu kupić to, co chciał, dokładając trochę kasy, bo dzieciakowi brakło.
Jednak udało im się zniszczyć mnie samą. Zgnębili moje wartości, zniszczyli samoocenę i podeptali kiełkującą pewność siebie. Stałam się cieniem siebie samej, która nie ufała swoim słowom. Wolałam zniknąć. Zapaść się pod ziemię. Bałam się z kimkolwiek rozmawiać, bo uważałam się niegodną czyjejkolwiek uwagi. Zahukana i zamknięta w sobie z rosnącymi mrocznymi sekretami, które tylko umacniały mój mur oddzielający mnie od ludzi i świata. Wtedy zaczęłam pisać. Wtedy zaczęłam czytać. Wtedy uciekłam w fikcję i moją samotnię, bo tylko ona dawała mi ukojenie i poczucie kontroli nad własnym życiem.
Dopiero pod koniec trzeciej klasy gimnazjum wyznałam mu, co do niego czuję. Patrzył na mnie, a ja nie widziałam kpiny w jego oczach. Wtedy zrozumiałam, że jestem gotowa na odrzucenie, bo mnie nie zgnębi. Niestety, moje wyznanie słyszeli jego koledzy. Ich wyczekujące spojrzenie sprawiło, że Szymon postanowił być bucem i zwymyślał mnie. Wyśmiał moje uczucie, zdeptał je i porzucił, śmiejąc się szyderczo. Byłam zdruzgotana.
Najgorsze jest to, że do dzisiaj czuję coś do niego. Doceniam jego zalety, dobre serce i fakt, że jego mama mnie uwielbia. Cóż, miałam kilka okazji ją spotkać.
Ale wiecie co mnie najbardziej zaskakuje? Że to on w tym wszystkim był słaby i poszkodowany. Żal mi go, bo oddał swoje życie i komfort pod dyktando wpływu społecznego. Patrzyli mu na ręce, a on ze strachu robił to, co im się podobało. Kilka razy nawet było tak, że chłopacy się mną interesowali, bo dostawali zadanie: rozkochaj ją w sobie i rzuć, wtedy będziemy Cię szanować.
Dzisiaj ta część mnie samej jest poskurczana i wciąż posiniaczona. Moje serce wciąż trzyma dla niego miejsce, a mój umysł swoje wyobrażenia każe mi spisywać w formie opowiadań. Część to realne wspomnienia, ale pozostała większość to tylko to, czego pragnę. To, jak to wszystko mogło się między nami potoczyć. Nasz potencjalny, ale nierealny związek. Dalej go chcę i pożądam. Ktoś powie, że skoro nie dostaliśmy szansy, to oznacza, że mało nam się nie udać. Okej, ale jest druga strona medalu: a co, jeśli nasz czas jeszcze nie nadszedł? Płonne nadzieje, marzenia ściętej głowy, ale jest malutka iskierka, gdzieś we mnie głęboko skrywana, która nie umiera. Raz jaśnieje, kiedy gdzieś go zobaczę, a raz przygasa, gdy on mnie nie zauważa. W głębi siebie wiem, że pasujemy do siebie, ale los i życie jeszcze nie wyrzeźbiły z nas puzzli, które pasują do siebie idealnie. My sami jeszcze siebie nie zdefiniowaliśmy. Ale w głębi swojego jestestwa wiem, że gdyby tylko spojrzał na mnie, dał przyzwolenie i przychylił się ku mnie, nie odpuszczę. Nawet kosztem rozczarowania i łez.
Bo wolałabym zyskać cokolwiek, nawet odrzucenie, niż pozostawać w pustej matni co by było, gdyby...
Tak więc, moja Panno Grzaniec, wiem, że zrozumiesz. Niektóre rezultaty są podobne do Twoich. Nie mnie jest oceniać innych. Szanuję Cię taką, jaka jesteś. I nie interesuje mnie, jak wyglądasz. Dla mnie masz cudowne oczy. I ten świetny uśmiech, kiedy opowiadasz coś interesującego. Podziwiam w Tobie siłę i to, że jakaś mała cząstka Ciebie potrafi zjednać Ci ludzi. Mnie sobie zjednałaś. Pannę W Miętowym Swetrze i kilka innych osób. Jesteś opiekuńcza i troskliwa. Myślisz o drobnych rzeczach, o których wiele osób zapomina. Masz talent literacki. I niesamowitą wrażliwość. A wiesz, kiedy to się weryfikuje? Kiedy ja sama chciałabym być lepszym człowiekiem, bo Ty jesteś nim na pewno.
Wygląd zawsze można zmienić - schudnąć, przytyć. Pomalować oczy, przefarbować włosy. Ubrać się zadziornie albo skromnie. Ale to koniec końców to tylko opakowanie Ciebie. Przyjdzie czas, kiedy ktoś to wszystko z nas zdejmie i wtedy będzie się liczyło to, co masz w sercu i w umyśle. A Twoje wnętrze jest piękne.
Także, trzymaj się! I wiedz, że stałaś mi się tylko bliższa, niźli dalsza. Cytat, którym kończę swoje wyznanie, możecie odnieść to każdej dziedziny życia, kiedy w grę wchodzi dopuszczenie do siebie drugiego człowieka.
Miłość jest jak wręczenie komuś
broni
wycelowanej we własne serce...
I nadzieja, że nigdy
nie pociągnie za spust.
A drugi wieczór z rzędu z płaczem funduje... Romantyczka!
OdpowiedzUsuńChyba muszę zacytować (znowu!) Pannę w Miętowym Swetrze. Jesteśmy tak podobne, że nawet my same nie wiemy.
I wiesz na czym zaczęły mi się oczy pocić? Na temperówce. Wiem, że ciebie nie można od tak do czegoś zmusić i napisałaś to, bo chciałaś. Nie znałam całości tej historii, a teraz rozumiem jeszcze więcej. Wiesz, za co cię podziwiam? Że potrafisz nazwać Samarę przyjaciółką.
Bo za to, że przetrwałaś do teraz i mogłam cię poznać, to jednak dziękuję Temu do Góry, którego wzywa Cass.
Ciężkie szkolne czasy - przybijam piątkę. U mnie nie było aż tak "kwiecistych" epitetów, ale bolało. A to, że nie sięgnęłam po żadną formę ulgi, to chyba raczej ze strachu niż tego, że jestem silniejsza.
Może banał, ale prawda: wyszłyśmy silniejsze. Jak cholera. To nie w nas był problem, tylko w nich. Do nieszczęścia wystarczy jeden oprawca. Reszta to często takie Szymony, które nie mają odwagi mieć innego zdania. Chociaż on miał władzę i mógł z niej zrobić użytek. Nie ważne.
Moje pierwsze zauroczenie z podstawówki/gimnazjum niedawno wzięło ślub, a ja pozbyłam się miejsca dla niego u siebie. Za to, jak mnie potraktował, nie zasługiwał.
Podpisuję się pod tym, co mówisz. O puzzlach, właściwym czasie, jakimś większym sensie w tym, co się dzieje. Chociaż czasem wątpię, to wierzę, że kogoś na naszą miarę nam skroili, kto z nami wytrzyma i dojrzy to, czego inni nie chcieli. Najszczęśliwsze jednak, że już znalazłyśmy takie osoby, no nie, Panno Super Matematyczko?
Co ja jeszcze chciałam? A, o tym na koniec. No tu już mi kapało i ktoś rzucał we mnie chusteczkami.
Dziękuję za wszystko! (No już, pomrucz, że za słońce nie dziękujesz. A powinnaś!)
Cytat świetny. W cholerę prawdziwy. Jednak ja nikomu nie wręczyłam broni. Zawsze trzymam przy swojej skroni.
To teraz padnijmy sobie w objęcia :D Stańmy się razem jeszcze lepsze!
A Pani W Miętowym Swetrze wstała i zaklaskała!
Dziękuję za wszystko. Za Ciebie i Pannę W Miętowym Swetrze. Dziękuję za życie, które chociaż kopie, to jest. Za zdrowie (w tej chwili nadwyrężone, ale ciii). Z perspektywy czasu wiem, że samobójstwo byłoby egoizmem.
OdpowiedzUsuńA co do broni, to ja też swoją mam przy skroni, jeśli mowa o miłości. Ale ta broń jest z kabury podpisanej NA MIŁOŚĆ. Ta z NA PRZYJAŹŃ już dawno jest przy moim sercu. Ktoś kilka razy pociągnął za spust, ale na szczęście Wy nie :) Za to dziękuję.
I wiem, że takich trzech, jak nas dwóch nie ma ani jednej!
Dobranoc!