Kot kolejny raz postanowił zrobić sobie z mojego tyłka poduszkę. Miaucząc głośno, rozpaczliwie tłukł się w moje drzwi, domagając się wpuszczenia PANA na włości. Dla świętego spokoju odpuściłam i pozwoliłam rudemu potworowi opanować moją pościel.
Po godzinie wspólnego spania, budzik zmusił mnie do powstania z martwych i ogarnięcia się na uczelnię. Chociaż robiłam to niechętnie, szło mi całkiem sprawnie. Zaścieliłam łóżko, poskładałam ubrania, wyniosłam śmieci, które prosiły się o to od tygodnia. Wykonałam poranną toaletę, ale kiedy przyszło do skompletowania ubioru, poległam na całej linii. Nie marnując więcej czasu, zeszłam na dół, gdzie zjadłam śniadanie i zrobiłam sobie kawę. Z parującym kubkiem wspięłam się do pokoju, gdzie stwierdziłam, że jest syf. Włączyłam więc inspirującą muzyką i ogarnęłam burdel, mając na względzie, iż oczekiwałam gościa - Panna W Miętowym Swetrze gości dzisiaj na salonach.
No nic. Ogarnięta, z ogarniętym pokojem i nieogarniętą głową wyszłam z pokoju i zeszłam na dół, w poszukiwaniu książki, którą zamierzałam przeczytać w najbliższym czasie. Kiedy w końcu znalazłam ją za telewizorem, wyszłam na powrót na górę, weszłam do łazienki i zabrałam się za mycie zębów. W tym samym czasie moimi śladami podążał mój kot. Wskoczył na wannę i wpatrzył się w kran, co oznaczało, że chciało mu się pić. Puściłam więc wodę, ale on zeskoczył na dywanik. Kiedy zakręciłam kurek, koteł wskoczył na wannę i znów wpatrzył się w kran. Zirytowana, wzięłam go pod pachę i wywaliłam na korytarz, chcąc w spokoju umyć zęby.
Gdy wyszłam na korytarz, kota nie było w polu mojego widzenia. Mądry futrzak wiedział, że wkurzył swoją panią. Zbiegłam po schodach na dół, dopakowując torbę. Uśmiechnęłam się na widok słońca za oknem. Tego mi brakowało.
Na przystanek dotarłam o czasie. O czasie wsiadłam w autobus i na czas dotarłam na uczelnię. Mając chwilę czasu, wstąpiłam do cukierni, gdzie zakupiłam prezent dla pewnej specjalnej osoby. Mała słodkość miała za zadanie osłodzić wyjątkowy dzień, co już sprawiało, że czułam się szczęśliwa. Upojona radością innych moich bliskich.
Dotarłszy na uczelnię, wspięłam się po schodach, odnajdując wzrokiem swoich znajomych, którzy wcześniej wyszli zajęć. Dosiadłam się do nich, między innymi do Aparatki, która akurat czytała książkę. Tak samo jak jej koleżanka. Obie podniosły na mnie wzrok i uśmiechnęły się. Dosiadłam się do Aparatki i zaczęłam luźną rozmowę na temat kryminałów, w których obie, jak się okazało, miłowałyśmy.
W międzyczasie rozmowa zeszła na dziwne tory. Na samotność, złość, życiowe niepowodzenie i zgorzknienie. O tym ostatnim co nieco wiedziałam. Aparatka śmiało rzuciła, że ja to chyba nie jestem samotna. Zaśmiałam się gorzko, sugerując, że na razie nie spotkałam nikogo bardziej zgorzkniałego ode mnie. Aparatka umilkła, speszona, więc szybko zmieniłam tor rozmów. Nie chciałam opowiadać o swojej samotności i nieszczęściu z powodu niespełnienia życiowego. Jednak w końcu jakimś cudem dziewczyna ściągnęła mnie na szlak wspomnień, gdzie wyjawiłam część ze swoich przykrych życiowych doświadczeń. Zwłaszcza tych szkolnych. W zamian zostałam obdarzona cząstką jej życia, które nie rysowało się w wiele lepszych barwach.
Ze smutnych rozmów wyrwało nas pojawienie się kleryka, który wcześniej rozmawiał z innymi moimi 'znajomymi' z roku. Z nimi nie miałam specjalnie ochoty obcować. Podarował nam list o wierze. O pokusach świata, które odciągają nas od Boga. Generalnie irytują mnie takie podejścia. Jestem wierząca, ale dawno nie praktykowałam. To nie oznacza, że nie wierzę w Boga. To oznacza, że mam coraz więcej wątpliwości co do jego istnienia, ale wciąż zakładam, że on jest. Skomplikowane, wiem. Witam w swoim życiu.
Wymieniwszy kilka uwag, odszedł na swoje zajęcia, a ja udałam się na swoje. Trwały one całe 15 minut, ale nie żebym specjalnie narzekała. Po prostu miałam więcej czasu na przebywanie ze swoimi 'znajomymi'.O dziwo, rozmawiało mi się z nimi normalnie. Nie byłam odsunięta czy ignorowana, ale schiza w głowie zostaje. Natrętne myśli krążą, nie pozostawiając złudzeń. Z własnej autopsji wiem, że niechęć pozostaje na długo i tylko kwestią czasu jest jej ujawnienie. To jak genetycznie warunkowana choroba. Uśpiona, ale nie znasz dnia ani godziny, kiedy się uaktywni. Jedno jest pewne - w końcu do tego dojdzie.
Po czasie spędzonym na paplaniu o niczym, wyszłyśmy na piętro, gdzie czekała na nas reszta grupy. Weszliśmy do sali, gdzie już panował gwar. Zajęłam swoje miejsce, witając się z Panną W Miętowym Swetrze. Usiadłam do ławki, słysząc w tle rozmowę naszej nowej władzy. Zakrztusiłam się, słysząc te brednie, które sadziły. Jedna po drugiej rozśmieszały mnie do łez. W pewnej chwili miałam ochotę odwrócić i się zapytać, czy one tak na poważnie, ale powstrzymałam się. Brawo ja.
To wyglądało, jakby wierzyły wszystkim na słowo. Dumne, że coś będą wiedzieć, ale jeszcze nie mają o tym pojęcia... Chryste! To przedszkole czy studia? Bo jak na razie, to rysujemy obrazki i biegniemy do pani, żeby zapytać o to, który jest ładniejszy! Groteska!
Na psychologii klinicznej dowiedziałam się, że mężczyźni stanowią większy odsetek wśród ludzi, którym udało się popełnić samobójstwo. Cóż, na zajęciach powstrzymałam się od tego stwierdzenia, ale później powiedziałam do Panny W Miętowym Swetrze, że statystycznie rzecz biorąc, to coś tym facetom w życiu udać się musi. Panowie, wybaczcie, ale mówi to moa podrażniona strona ego.
Skaczę po tematach, ale dzisiaj moja jaźń jest rozedrgana. Niepewna, rozchwiana, zastraszona, zamknięta w sobie i jednocześnie wściekła, rozstrojona, butna. Moja uczelnia, a raczej tam studiujący, umieją rozdrapać tatuaże. Obecna władza na roku jest po prostu idealnie wprost ślepa: tłum wyczuł nowe ogniwo, połechtał słodkimi słówkami, a w odpowiedzi dostał pozytywną reakcję. Krąg się zacieśniał, tłum nakręcał psa bojowego, a następnie spuścił ze smyczy z krótkim rozkazem: rozszarp!
No i ten dopadł. Politycznym zagrywkom nie było końca. Otarłam się również o lincz publiczny i lawinę niesłusznych oskarżeń. Człowiek popełnia błędy. Byłam gotowa przedyskutować swoje, ale już i tak byłam z góry skazana. Cudowna perspektywa. To tak, jakbyś urodził się ze świadomością, gdzie pójdziesz po śmierci: niebo, piekło albo czyściec.
Odpowiedz sobie na pytanie: znając swój koniec, próbowałbyś zmienić swoje zachowanie? Z perspektywą nieba chciałbyś zostać go godny. Z perspektywą piekła robiłbyś, co byś chciał. Czyściec sprawiłby, że i tak dostałbyś drugą szansę, więc hulaj dusza, piekła nie ma! A może nie?
Sęk w tym, że powyższy scenariusz zachowań świadczy o odpowiedzialności i poczuciu swojego obowiązku. Znasz cel, teraz dąż.
Źli ludzie pomyślą: niebo? Okej, to ja będę zły, skoro i tak dostanę nagrodę. Piekło? Nie, nie zgadzam się. Powalczę o siebie i swój happy end. Czyściec? Co takiego zrobię, że zostanę odesłana w ten paskudny gnój?
Puenta. Cóż, nie mam żadnej. Pomyśl, kim jesteś. Do czego zmierzasz. Jak walczysz z przeciwnościami i czy pójście po trupach to jest to, z czym umiałbyś żyć do końca swoich dni.
Ave.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz